poniedziałek, 18 stycznia 2021

MENE, TEKEL, FARES





 



- I jak? Widać mnie? Słychać? To moja pierwsza relacja, mam nadzieję, że nie ostatnia. Z tego, co widzę, nikt mnie nie ogląda, ale to nie ma znaczenia. Przygotowałem sobie trochę materiałów. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi, że będę czytał z kartek, ale chciałem zrobić to rzetelnie. Jeżeli ktoś przespał w jakiś cudowny sposób ostatni rok, to zacznę od początku.
 

Wszystko zaczęło się od snu. Wyrazistego, ostrego jak brzytwa i nienaturalnie zapadającego w pamięć. Jeszcze długo po obudzeniu widziałem setki czarnych kamieni, kilka szarych i cztery białe oraz garść żwiru. Wszystko ułożone w taki sposób, że bez najmniejszego problemu dało się to objąć wzrokiem.

poniedziałek, 26 października 2020

Spektrum

                         
Ten, kto nigdy nie miał styczności z Hrubieszowem, może doznać irytacji a nawet szoku, kiedy przyjdzie mu samodzielnie poruszać się po mieście. Ja na ten przykład zgrzytałem zębami, kląłem pod nosem i byłem o krok od konwulsyjnego gryzienia kierownicy. Problem polega na “jednokierunkowości” miasta, i nie, nie chodzi mi o poglądy mieszkańców, czy tradycyjny kierunek  na wschód po tanią ropę, ale o ulice. Miałem wrażenie, że całe niewielkie miasto jest pocięte tylko i wyłącznie jednokierunkowymi szosami. Na domiar złego wysiadł mi telefon, więc kojący głos Krzysztofa Hołowczyca, patrona drogowych GPSów, nie mógł mnie bezpiecznie, a w tym wypadku ze zdrowymi zmysłami, doprowadzić do celu. Zły zakręt i rundka dookoła. Pytam miejscowego o drogę i rundka dookoła. Okazuje się, że miejscowy zrobił sobie ze mnie jaja i rundka dookoła. Jak dotarłem na ulicę Wodną musiałem już toczyć pianę z ust.


Kolega, który prosił mnie o rzucenie okiem na dom, który chciał kupić, jeszcze nie dotarł na miejsce. A przynajmniej na całej długości ślepej alejki nie zauważyłem jego samochodu. Postanowiłem chwilę pospacerować po okolicy.

Sama uliczka wydawała się dosyć ciekawa. Po jej obu stronach rosły niewielkie  jednorodzinne domy, po lewej ode mnie wzdłuż rzeki, po prawej wzdłuż górującej nad dachami  skarpy. Kończyła się małym parkingiem z widokiem na kościół i meandry Huczwy przecinającej łąki.  Widok był naprawdę malowniczy.

niedziela, 19 kwietnia 2020

Cyganka Williama





Kiedy spotykam się z przyjaciółmi, zawsze powracam do pewnej historii, która przydarzyła mi się we Francji, kiedy pracowałem przy winobraniu. Opowiadam ją między drugą a trzecią lampką wina, kiedy goście są już lekko rozluźnieni, ale są jeszcze zdolni skoncentrować uwagę na mówcy. Wtedy anegdota uzyskuje najlepszy efekt. Niestety historia opowiadana tyle razy straciła swój czar. Przekonałem się o tym dobitnie podczas pewnego wieczoru ze znajomymi. Trzecia lampka półwytrawnego Muscata trafiła na stół, a ja zacząłem swoją ulubioną historię. Natychmiast przerwały opowiadanie pobłażliwe uśmiechy i niemal chóralny okrzyk - Cyganka Williama! - Zrozumiałem, że każdy przy tym stole już o niej słyszał i to zapewne tyczy się wszystkich moich przyjaciół, więc po prostu przestałem ją opowiadać, ale nikt mi nie zabroni jej opisać.
W tamtym czasie mieszkałem i pracowałem na południu Francji w pobliżu miejscowości Agen. Pracowałem jako couper, czyli, najprościej mówiąc, ścinacz winogron. Moim zadaniem było jak najszybsze ogołocenie krzaka z kiści, po czym wysypanie urobku do wielkiego plastikowego wiadra założonego na plecy osoby odbierającej. I tak od krzaka do krzaka, od rzędu do rzędu, od pola do pola. Od ósmej do osiemnastej z dwugodzinną przerwą pośrodku.

Właściwie o samej pracy nie mogę powiedzieć nic ciekawego. Czasem bolały plecy, a czasem kolana. Deszczowe dni były wolne, ze względu na niską zawartość cukru w winogronach.

Właśnie w jeden z takich dni wybrałem się na wycieczkę do miasta. Kręcąc się po mokrym od deszczu Agen trafiłem do muzeum sztuk pięknych, po pierwsze dla zabicia czasu, a po drugie przyciągnął mnie plakat promujący wystawę prywatnej kolekcji.

niedziela, 22 grudnia 2019

Ciasteczko dla Krampusa









W domu panowała cisza, nie licząc miarowego pochrapywania ojca dochodzącego z drugiego pokoju. Maciek nałożył skarpetki, bo był mądry. Wiedział, że bose stopy na płytkach są głośne. Cichutko zsunął się z łóżka, bo był przezorny. Gdyby po prostu wstał, łóżko z całą pewnością by zaskrzypiało. Załadował osiem strzałek do zabawkowej strzelby Nerf, ponieważ był mściwy i dobrze sobie zapamiętał zeszłoroczną rózgę zamiast prezentu. Właśnie tą sprawę chciał przedyskutować z grubaskiem w czerwonym stroju. Ostrożnie przemknął przez przedpokój, zerkając na elektroniczny zegar. Dochodziła pierwsza w nocy. Mama mówiła Maćkowi, że w okolicach tej godziny Mikołaj odwiedza dzieci. Tym razem miał na niego zaczekać. Wślizgnął się do salonu. Pomarańczowy blask przygasającego żaru w kominku i choinkowe lampki były jedynymi źródłami światła. Odłożył strzelbę na dywan i bezszelestnie wsunął się pod sofę tak, by mieć broń w zasięgu ręki oraz kominek wraz z choinką w zasięgu wzroku. Teraz trzeba było tylko czekać.

niedziela, 2 czerwca 2019

Bajka "W poszukiwaniu Białej Pani"


Dawno, dawno temu było sobie królestwo. Jego ziemie zaczynały się zaraz przy wielkim słonym morzu, a kończyły na wysokich skalnych górach. Między morzem a górami były ziemie ozdobione miastami, wioskami, zielenią łąk, złotem zbóż, bezkresem lasów i błękitem jezior. Jakby ktoś spojrzał na tę krainę z góry, ujrzałby wielobarwny obraz malowany pracą człowieka oraz siłą natury.
W tym królestwie mieszkali Wojtuś i jego siostra Kasia. Żyli szczęśliwie z rodzicami w niewielkiej drewnianej chatce pokrytej strzechą.
Pewnego dnia, pod sam koniec jesieni do ich chatki przyjechał królewski posłaniec z bardzo ważną wiadomością.
Na wezwanie króla z każdego domu miała stawić się jedna osoba i dołączyć do orszaku, który wyruszał na poszukiwanie Zimy. Do króla doszły słuchy, że Zima zaginęła i w tym roku miała nie nadejść. Za to Mróz już przemierzał królestwo i z każdym dniem był coraz dalej.

piątek, 29 marca 2019

Świt


 Pierwszy raz popełniłem fun fiction, którego do tej pory bardzo się wystrzegałem. Zazwyczaj wchodzenie z butami do czyjegoś świata, który ma już swoje fundamenty i podwaliny wydawało mi się pójściem na łatwiznę. Jednak okazało się, że nie jest to wcale takie proste z powodu przymusu przestrzegania wszystkich reguł obowiązujących w danym uniwersum.
"Świt" jest dosyć krótkim opowiadaniem, które za zgodą pisarki Alicji Janusz powstało w świecie z jej książki "Ballady ze spalonego traktu".


Nocną ciszę przerwało wściekłe ujadanie psa. Jan ociężale uniósł się na łóżku i z niemałym trudem oparł o ścianę. Przez chwilę nasłuchiwał. Wycie wiatru i szczekanie nie pozwoliłoby mu ponownie zasnąć. Tym bardziej, że nie miał psa, a gumiennika o imieniu Hardy, który zamieszkał w jego stodole i strzegł zboża. Dobrze wiedział, że mały demon nigdy nie szczeka po próżnicy. Z całą pewnością ktoś lub coś zbliżało się do gospodarstwa. Rozejrzał się po po izbie. Smolna szczapa, służąca za oświetlenie, ledwie się żarzyła.
- Maćko! - syknął przez zaciśnięte zęby i po chwili usłyszał poruszenie w drugim końcu izby.
- Tak dziadku? - zapytał wnuk, wychodząc z barłogu.
- Zrób no trochę światła i pomóż mi wstać.

wtorek, 26 marca 2019

Pierwszy Audiobook

Co prawda ten tekst mogliście przeczytać ale dzięki Anecie Kosno będziecie mogli skorzystać też z innych zmysłów przy jego odbiorze.
Zapraszam do wysłuchania "Kliniki" w wersji audio.

KLINIKA

poniedziałek, 5 listopada 2018

Nowy Eden






Nie musiałem spoglądać na zegarek – wiedziałem, że spóźniłem się na zajęcia. Oczyma wyobraźni widziałem minę profesora i słyszałem tę starą gadkę, jak on się tutaj marnuje, że przez te piętnaście minut mojej nieobecności mógł wytłumaczyć ważną zasadę bezpieczeństwa, ale musiał z tym czekać tylko mnie.


Mój marszobieg w kierunku liceum, zatrzymała kolka oraz roboty drogowe. Cała ulica była wyłączona z ruchu. Musiałbym obejść kilka kamienic i stracić jeszcze więcej czasu. Przystanąłem na chwilę, sapiąc ciężko i zastanawiając się, którą drogą mam teraz biec, aż wypatrzyłem robotniczą kładkę przerzuconą przez głęboki wykop. Rozejrzałem się, czy żaden robotnik nie patrzy w moją stronę i już wchodziłem na wąską deskę, gdy zobaczyłem ją:


Śliczną rudą dziewczynę o pełnych ustach, wyraźnych kościach policzkowych i jeszcze wyraźniejszych wypukłościach biustu

środa, 15 sierpnia 2018

Mikrokawa



Ławka w parku


Było już po północy i odniosłem wrażenie, że tyłek przymarzł mi do parkowej ławki. Zawsze uważałem się za wręcz stworzonego do wyczekiwania, ale deszcz i lodowate podmuchy wiatru chyba chciały mi udowodnić, że jest inaczej. Wyjąłem z torby termos z kawą. Odkręciłem i poczułem ten aromat – ambrozja czarna, gorąca, słodka, ambrozja nic dodać, nic ująć. ­
– Ty się chciałeś spotkać!
Uniosłem głowę – było ich trzech. Mój umysł cicho jęknął: po pierwsze, nie usłyszałem jak podeszli, po drugie miało być o jednego mniej.
– Macie towar? – zapytałem, nie wstając z ławki. Najbliższy łysol, poklepał się po kieszeni, uśmiechną się i zapytał:
– A masz kaskę?
Skinąłem głową i sięgnąłem za połę marynarki. Lecz zamiast portfela wyjąłem policyjną odznakę. Cała trójka natychmiast zbladła – łysol numer jeden błyskawicznie wydobył sprężynowca, ostrze wyskoczyło z głośnym stuknięciem. Ale popełnił błąd, trzymał go jak nóż do masła. Z całej siły kopnąłem w jego nadgarstek, a nóż utknął w ramieniu właściciela. Z szybkością mrugnięcia drugi z napastników dostał w twarz całą zawartością termosu, i po wrzasku wywnioskowałem, że jest już wykluczony z walki. Do trzeciego musiałem zejść w końcu z ławki. Zrobiłem to błyskawicznie, dostał z byka w brzuch. Nim jego plecy dotknęły ziemi, złapałem go za obutą stopę i energicznie się obróciłem, wykorzystując impet i ciężar ciała. Kostka obrzydliwie chrupnęła, oznajmiając wszem i wobec, że trzeci łysol może już zapomnieć o karierze maratończyka. Nie tracąc czasu, przypadłem do tego z wbitym nożem.
– Chciałbym się dowiedzieć, gdzie znajdę pana Grota – powiedziałem uprzejmie, wbijając ostrze głębiej, a on uprzejmie mi odpowiedział.


 

 

Mały świat

Do dziś nie wiedziałem, że cały świat może być taki mały, ale, ku mojemu przerażeniu, świat właśnie skurczył się do rozmiaru dziewięciu i trzech setnych milimetra, rozszerzając się nieco o niewielką czerwoną kropkę, kilka centymetrów dalej. Jaskrawa kropka świadczyła o tym, że wycelowana w moje czoło Beretta 92 jest odbezpieczona. Niemal niewidoczne czarne skrzydełko bezpiecznika przesunięte na górną pozycję krzyczało, że ten, kto trzyma tę broń, wie, co robi. Wyobraźnia natychmiast podsunęła mi przed oczy obraz rekina oblizującego zęby.
Gdzieś daleko poza moim małym światem majaczyła mi znana ze zdjęcia twarz. Należała do człowieka, o którego rozpytywałem po mieście od dwóch tygodni - kto szuka ten znajdzie, tyle że problem polega na tym, że on znalazł mnie pierwszy. Akta poszukiwanego mówiły jasno, że należy do typu ludzi, którzy rozwiązują problemy najpierw czynem, a kiedy to się nie uda, to dopiero wtedy przechodzą do rozmów. Pozostała mi nadzieja, że tym razem postąpi odwrotnie.
Dziewięciomilimetrowy wszechświat poruszył się delikatnie, nakazując mi wysiąść z samochodu. Ze wszechświatem się nie dyskutuje - postanowiłem się posłuchać i w trakcie rozpinania pasów przeszły mi przez głowę dwie myśli. Pierwsza: czy moja czaszka okaże się na tyle twarda, że po strzale będę miał tylko otwór wlotowy, czy jednak będzie krucha i znajdą mnie z niewielką dziurką z przodu i dziurą wielkości pięści w potylicy. Druga myśl w dziwny sposób była bardziej irytująca: właśnie uświadomiłem sobie, że od samego rana jeszcze nie piłem kawy.


sobota, 5 maja 2018

Tak było

Siedział na łóżku już od dłuższego czasu, wodził za nią oczyma i chyba sam nie do końca wierzył w to, co widzi. Zdarzało się, że się kłócili, ale jeszcze nigdy aż tak. Ona, burcząc pod nosem, pakowała ostatnią walizkę. Z głuchym tąpnięciem wrzuciła do niej swoje słowniki i leksykony, trzasnęła wiekiem. Nie odezwał się do niej, dopóki nie przysiadła na walizce, żeby ją domknąć. Nie udało się. Prawie przezroczysta zwiewna sukienka i cienka książeczka - poradnik „ Jak rozmawiać”  nie pozwalały się zatrzasnąć walizce. Wstała z niej i kopnęła z całej siły, nie szczędząc przekleństw, w pierwszej kolejności na uparty pakunek, w drugiej podskakując na jednej nodze klęła na siebie samą za to, że kopie twarde przedmioty bosą stopą.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Micro List


Przedstawiam kolejną serię mikro opowiadań napisanych na konkurs. Tym razem motywem przewodnim było użycie słów: "Nie odważyła się otworzyć listu". Warunkiem dopuszczenia opowiadania do konkursu była też objętość tekstu - nie wolno było przekroczyć limitu 250 słów. Zapraszam do czytania i komentowania.

Obława na Asa
To był czwarty miesiąc od wyjazdu Charlesa. Mary ciężko znosiła rozłąkę i teraz wściekała się na siebie, że nie ostudziła jego zapału. Ale był taki podekscytowany! Jak mogłaby to zrobić?
– Za zestrzelenie Richthofena dają pięć tysięcy funtów, własny samolot i Krzyż Wiktorii. Pięć tysięcy, słyszysz Mary! – śmiał się, a ona mu wtórowała. – Jeden strzał i będziemy żyć jak w raju! – mówił, a właściwie wykrzykiwał na całe mieszkanie, machając rękoma, podskakując z twarzą tak szczęśliwą, jakby już miał w garści nagrodę. – Obiecali nowe maszyny, szybsze i zwrotniejsze. Zobaczysz, moje zdjęcie będzie drukowane na paczkach papierosów, kartach i wszystkich gazetach imperium, i już nigdy nie zabraknie nam pieniędzy – wierzył w to tak mocno, i sama również w to trochę wierzyła. Aż do momentu rozmowy z przyjaciółką:
- Dziewięćdziesiąt dwie godziny, to czas przeżycia pilota Royal Flying Corps. Tak mówią wracający z frontu, podziwiam cię, że się na to zgodziłaś – mówiła Viktoria. Znienawidziła ją za to, i znienawidziła siebie za to, że go wypuściła.
Charles dużo pisał, dostawała całe paczki listów w żółtych kopertach przewiązanych sznurkiem, ale połowa ich treści była najczęściej zamazana przez cenzora obawiającego się, że Charles zdradza żonie tajemnice lub taktyki wojskowe. Ten, który otrzymała dzisiaj, był inny. Koperta biała, oficjalne pieczęcie, a jakość papieru sprawiała, że sama myśl o tym, co jest w nim napisane, wyciskała łzy z oczu. Nie odważyła się otworzyć listu. Schowała go w szufladzie biurka męża.
- Poczekamy na tatę - powiedziała cichutko, układając z czułością dłonie na brzuchu. To był czwarty miesiąc od wyjazdu Charlesa.

czwartek, 22 marca 2018

Micro-heart





Dear readers,
this collection of short stories was created on a Valentine's Day competition. There were two terms of the competition. The first was that the story could not be longer than 250 words, the second was that a word 'heart' had to be used.
Enjoy reading.



THE CLINIC

 Who’s the last one?
I raised my hand and the old hag sat next to me.
 I’m gonna be after you. Oh, Lord, how long I have been waiting for this visit. My heart is pounding.

I turned my head away. She must have understood that I was not in the mood for listening to her nagging because she went quiet. I waited a long time for this visit – a whole, long six months.  A nurse came out of the doctor’s office and asked my neighbour in. I sat closer to the door. The old hag moved her ass closer to me. I had no intention of letting her in before me. The doctor is not a bus. Everybody has to wait.
Twenty minutes later the nurse finally called my name. Inside, there was a tiny office with double doors, a settee and a desk behind which sat the doctor with eyes that have seen everything.
 Documents, please.
He took my file and pointed to the settee. I sat down and he read my papers as carefully as if it was a matter of life and death. Finally, he grunted and reached into the desk’s drawer. He approached me with a little syringe and a small bottle.
 It is going to sting a little. – He said.
 Doesn’t matter. – I replied.
Indeed, it stung a little. Gently, he removed the needle from my vein and put a piece of gauze on the wound.
 I will come back to you in ten minutes. – The doctor said and placed a plastic box next to me. – Here are some magazines. Please, read and relax. – He said and left. I found a copy of Playboy. Why not? The door opened for a moment and the doctor peeked in.
 Excuse me, you did not say to whom we should send the corpse.
  Leave it for research. I don’t have any family.
The doctor disappeared behind the door and I gazed back to the nude girls. With satisfaction I felt the poison run through my body.


niedziela, 4 marca 2018

Mikroserce



Przedstawiam kilka opowiadań, które pisałem na konkurs. Jedno z nich jest zwycięskie. Ciekawe czy uda Wam się odgadnąć które. Trzy inne otrzymały tytuł finalisty. Chciałbym też podziękować osobom sprawdzającym moje opowiadania. Bez ich pomocy nie dałoby się czytać moich historii.



KUPIŚ

Nie wierzył, że gdziekolwiek może być tak zimno. Dlaczego centrala wysłała go na jubileuszową, pięćsetną misję, właśnie do Polski i to jeszcze w lutym? Tyłek chyba mu przymarzł do gałęzi sosny, igliwie też dało mu się we znaki. I jeszcze ten śnieg. Kto to wymyślił? Zerknął na cel. Chłopak siedział na ławce i nie odrywał oczu od ekranu smartfona. Schował się w gałęziach i spróbował się rozgrzać, ale na wiele to się nie zdało. Trząsł się tak bardzo, że sosna, na której siedział, była już całkowicie pozbawiona śniegu. Prawie niezauważalna opaska na jego przegubie zawibrowała, informując o nowej wiadomości. Wcisnął przycisk, a z opaski wydobył się dźwięk.
– Centrala do Kupidyna A13c. Za dziesięć sekund dojdzie do zbliżenia. Czekaj na zielone światło. Strzelaj celnie. Chwała Imperium!
– Chwała.
Mruknął kupidyn i sięgnął do kołczanu po strzałę. Założył ją na cięciwę. Wychylił się z kryjówki. Obok ławki właśnie przebiegała śliczna dziewczyna. Poślizgnęła się, cel wypuścił telefon. Pomaga jej wstać. Niewielka dioda na opasce rozbłysła na zielono.
– Teraz ja. I do domu!
Wstrzymał oddech. Napiął cięciwę za pomocą zekiera i wypuścił strzałę.
– Prosto w serce!
Aż klasnął w dłonie kiedy strzała trafiła. Dziewczyna zaczęła piszczeć i uciekła, cel tarzał się po śniegu charcząc, rzężąc i barwiąc go na czerwono. Kupidyn czuł, że każdy loczek na głowie mu się prostuje.
– Co się stało, do cholery?!
Krzyknął zlatując z drzewa. Opaska zawibrowała, odruchowo nacisnął guzik i odsłuchał nową wiadomość.
– Kupiś, tu Mars. Chyba po ostatniej imprezie pomyliliśmy kołczany…..

niedziela, 14 stycznia 2018

Spaleni





Od Autora
(Powiało grozą. Zrozumiesz jak przeczytasz.)

W tej historii nie znajdziesz akcji, strzelanin, czarnego humoru ani niczego nadprzyrodzonego. Jest to prosta historia o dwójce przyjaciół spędzających Sylwestra na zamojskim molo. Jeżeli jeszcze ciebie nie zniechęciłem moim opisem i nadal masz ochotę przeczytać to opowiadanie, to proszę cię, abyś się nie krępował i pozostawił tu swój znak. Może być to komentarz („nudne”, „nie kupuję tego”, „to najlepszy zbiór liter jaki w życiu widziałem”).


Paweł zeskoczył z metalowej barierki, na której do tej pory siedział, i usadowił się wygodnie na drewnianym podeście zamojskiego molo. Oparł się o poręcz i wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę bletek i opakowanie po tik-takach. Siedzący obok niego Jakub uśmiechnął się szczerze na ten widok. Natychmiast przyciągnął do siebie plecak leżący nieopodal i wyjął z niego opakowanie z tytoniem. Podał je Pawłowi, który ostrożnie wysypywał na dłoń zawartość paczki po cukierkach.